niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział 10.

              Violet

  Bezczynność staje się nie do wytrzymania. Siedzę pod drzewem od godziny i jedyne co mogę zrobić, to zastanawiać się kiedy znajdą nas wschodni. Jamie już nie śpi, ale nie odezwał się jeszcze ani słowem. Nie spytał nawet gdzie poszła May. 
 Dziewczyna zniknęła za drzewami jakieś dziesięć minut temu. Evana nie ma już prawie godzinę. Ile można siedzieć nad rzeką ?
-To nie ma sensu.- mówię głośno- Musimy się ruszyć, jeśli nie chcemy spędzić w lesie całej wieczności.
Jamie podąża za mną wzrokiem, kiedy wstaję i zanurzam się w gęste zarośla.
-No chodź.- popędzam chłopca. 
Podnosi się z ziemi i idzie za mną. Patrzy w niebo zasnute chmurami. Dziwi mnie to, że nie potyka się o wystające korzenie. 
Zastanawiam się, czy powinnam z nim pogadać. Żeby odciągnąć jego uwagę od rozmyślań. A może lepiej dać mu spokój ? Postanawiam dalej milczeć. Milczenie jest wyjściem z każdej sytuacji.
Po chwili dochodzimy do rzeki. Szum wody uspokaja mnie i dodaje nadziei. Wychodzę spomiędzy drzew i nie dostrzegam ani Evana, ani May. Czuję jak narasta we mnie niepokój. Nie powinniśmy byli się rozdzielać. 
-Gdzie oni są ?- słyszę cichy głos Jamie'ego. 
Wzruszam ramionami, starając się udawać spokojną. 
-Może poszli po jedzenie.- mówię- Napij się wody.
Idę w stronę rzeczki i potykam się o coś. Spoglądam pod nogi i dostrzegam gałąź. Dziwne, że nie zauważyłam jej wcześniej. Podnoszę ją i zauważam, że jej końcówka jest zaostrzona. Zapewne to robota Evana. Często robił takie w domu.
-Czy to nóż ?- widzę, że Jamie obraca jakiś przedmiot w dłoniach. 
Podchodzę bliżej.
-Tak.- odbieram od chłopca ostrze- To nóż Evana. 
Mój oddech przyśpiesza. Muszę się uspokoić. Jeśli Evan zostawił tutaj swój nóż, to na pewno po niego wróci. 
Siadam na brzegu rzeki, nabieram wody w dłonie i wypijam ją. 
Mijają kolejne minuty, a mój niepokój staje się jeszcze większy. Nie cierpię marnowania czasu. Moglibyśmy teraz iść, a tymczasem siedzimy w miejscu.
Wtedy dociera do mnie szelest. Patrzę na Jamie'ego, ale on leży bezczynnie na trawie. Znów słyszę ten tajemniczy dźwięk. Dochodzi ze strony lasu. Odruchowo chwytam nóż i wstaję. Jamie patrzy na mnie z niepokojem. Przykładam palec do ust na znak, że ma być cicho. Moje serce bije coraz mocniej, oddech przyśpiesza. Jeśli za drzewami kryje się banda wschodnich, to nie mam żadnych szans. Wiem jednak, że łatwo się nie poddam. 
-Schowaj się.- szepczę do Jamie'ego.
Chłopiec szybko biegnie na drugą stronę rzeczki i chowa się w krzakach.
Podchodzę do jednego z drzew i przyciskam plecy do kory, która drapie moją skórę. Wyraźnie czuję czyjąś obecność. Do moich uszu docierają kroki. Jeśli zaatakuję z zaskoczenia, to może powalę jednego, czy dwóch. 
Kroki się zbliżają. Czuję, że wróg jest zaledwie kilka metrów ode mnie. Podchodzi bliżej. Jeszcze kilka sekund. W myślach odliczam. Trzy, dwa, jeden. 
Wyskakuję zza drzewa i rzucam się na człowieka stojącego przede mną. Podnoszę nóż, ale wtedy on łapie mnie mocno za nadgarstek i przewraca na ziemię. Dopiero teraz dostrzegam jego twarz.
-Rozumiem, że możesz być wściekła, że zniknąłem, ale nie musisz rzucać się na mnie z nożem. - mówi Evan.
Gdyby nie trzymał teraz moich rąk, zapewne przywaliłabym mu prosto w twarz.
-Wiesz jak mnie przestraszyłeś ?- wrzeszczę- Chciałeś żebym dostała zawału ? Gdzieś ty się podziewał ? Myślałam, że stało się coś złego. 
-Ty na mnie krzyczysz ?- chłopak mnie puszcza- Przynajmniej nie otarłaś się o śmierć. Mogłaś mnie zabić.
-Gdzie byłeś ?- pytam spokojniej, ale mój głos jest zdecydowany.
Dostrzegam May wyłaniającą się zza drzew. 
-Zrywaliśmy jabłka.- mówi Evan i podnosi z ziemi tobołek zrobiony z jego koszuli. 
-Martwiliśmy się o was.- Jamie wychodzi zza krzaków i przechodzi przez rzekę. Jego głos jest spokojny i bardziej pogodny niż przedtem.
-Skoro już jesteście, to może najemy się tych waszych jabłek i pójdziemy dalej ?- mówię.
Uczucie ulgi, jakie na mnie spadło, po ujrzeniu towarzyszy całych i zdrowych mija, a na jego miejscu pojawia się chęć ruszenia w drogę.
-Rozumiem, że nadaj maszerujemy wzdłuż brzegu ?- Evan siada na trawie i wyjmuje owoce z tobołka.
-A masz lepszy pomysł ?- pytam ze zniecierpliwieniem i siadam obok niego.
Chłopak kręci głową i gryzie swoje jabłko.
Wszyscy siadamy i chwytamy dojrzałe owoce. Są słodkie i smakiem przypominają dom. Nikt się nie odzywa. 
Patrzę na May, na jej długie blond włosy opadające na ramiona, duże błękitne oczy zapatrzone w dal. Zastanawiam się, czy Evan ją polubił. Czuję ukłucie zazdrości. Jest dla mnie obce, ale nie da się go nie rozpoznać. Przypatruję się swoim dłoniom. Moja skóra jest dość ciemna. W kolorze mlecznej czekoladki. Tylko raz w życiu widziałam czekoladę, ale chyba nigdy nie zapomnę jak wygląda. Czasem wyobrażam sobie, że biorę ją do ust i czuję na języku jej słodki smak. 
-Dobra, ruszamy.- zarządza Evan.
Wszyscy wstajemy i idziemy z powrotem do miejsca, gdzie spaliśmy. Musimy trzymać się blisko brzegu. Evan zarzucił sobie na plecy tobołek, w którym zostało jeszcze kilka jabłek. Na czarną godzinę. 
Marsz nie jest wcale męczący. Chmury przysłoniły słońce, dlatego nie ma upału. Co jakiś czas obracam się, aby spojrzeć na May i Jamie'ego, którzy idą za mną. Oboje są na tyle drobni, że bez problemu manewrują między drzewami. Napotykam spojrzenie May. Dziewczyna obdarza mnie lekkim uśmiechem. Odwzajemniam go. Widzę niezwykły ból w jej oczach i czuję, że muszę się odwrócić, bo mam wrażenie, że serce zaraz mi pęknie. Przyśpieszam kroku, aby zrównać się z Evanem. 
-Jak myślisz, czy będą nas ścigać ?- pytam przyjaciela.
-Po co mieliby to robić ?
-Mam wrażenie, że oni nie tylko chcą wygrać wojnę, ale i zabić wszystkich zachodnich. Nawet cywili. Dzieci...
-Co ich obchodzi grupka dzieciaków ?- głos Evana jest zimny.
Wzruszam ramionami.
-Musimy dojść do obozu czwartego. Tylko to się liczy.- chłopak patrzy przed siebie i przyśpiesza kroku, dając mi znać, że rozmowa skończona. 
Nie wiem co mu się stało, ale zachowuje się jakoś dziwnie. Może denerwuje się tak jak reszta... 
Mam wrażenie, że całe moje życie się zawaliło. Jest mi ciężko, czuję, że mój umysł dłużej tego nie wytrzyma.
Przypominam sobie zdanie, które wypowiedziała moja opiekunka z sierocińca, gdy miałam dziesięć lat. "Każdy ma swoje tajemnice,  nawet jeśli początkowo nie wie o ich istnieniu." Ja też mam swoją tajemnicę i od kiedy pamiętam staram się o niej zapomnieć. Nikt inny jej nie zna, nawet Evan, a ja sama mam ochotę wyrzucić ją z głowy. Na zawsze.

_________________________________________________________________

Przez najbliższe dwa tygodnie nie będę dodawać nowych postów, ponieważ jadę na kurs muzyczny i nie będzie tam internetu. Chciałam podziękować wszystkim, którzy skomentowali poprzednie rozdziały. Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa, kiedy czytałam Wasze opinie. Przypominam, że pod postem musi pojawić się przynajmniej jeden komentarz, abym dodała nowy rozdział. ;)

_________________________________________________________________

Ten rozdział dedykuję mojemu przyjacielowi Maćkowi, który zawsze potrafi poprawić mi humor. :) 

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 9.

               May

  Gdy się budzę, widzę nad sobą gałęzie drzew i liście kołyszące się na wietrze. Czuję, że ból rozsadza moją czaszkę. Kładę rękę na czole. Jej zimny dotyk przynosi mi ulgę. Słyszę miarowy oddech Jamie'ego, który śpi wtulony we mnie niczym małe dziecko. Delikatnie wysuwam się z jego objęć, starając się go nie zbudzić. 
Siadam i przecieram oczy. Ból głowy znów się nasila, ale próbuję go zignorować. Widzę Violet, która siedzi oparta o drzewo i obskubuje z liści jakąś gałązkę. Evana nie ma. 
Przeciągam się. Marzę o tym, aby zapomnieć o wszystkim, aby w mojej głowie pozostała jedynie pustka. Zero uczuć, zero wspomnień. 
-Gdzie Evan ?- pytam Violet.
Dziewczyna spogląda na mnie. Najwyraźniej dopiero teraz zauważyła, że się obudziłam. 
-Poszedł po wodę.- mówi po chwili i dalej obskubuje swoją gałązkę.
-Gdzie ?- czuję, że moje gardło płonie od pragnienia.
Violet wskazuje ręką na drzewa za sobą, nie odrywając wzroku od swoich palców. 
Wstaję i zataczam się przez chwilę, ale po kilku sekundach pewnym krokiem przedzieram się przez zarośla. Gałęzie kaleczą moje ramiona, ale dla mnie to nic nowego. Pół życia spędziłam w lesie. Nie jestem twarda, ale zdarta skóra nie robi na mnie wrażenia. 
Po przejściu kilkudziesięciu metrów, dociera do mnie szum wody. Rzeka. Wspaniale. Przyśpieszam kroku. Z każdą minutą suchość w ustach staje się coraz bardziej dokuczliwa. 
W końcu spomiędzy drzew wychodzę na suchą trawę spaloną przez słońce. Dostrzegam Evana, który siedzi na brzegu rzeki. Jest szeroka na kilka metrów i na oko niezbyt głęboka. Chłopak mnie nie widzi, bo odwrócony jest do mnie plecami. Podchodzę bliżej. Docierają do niego moje kroki, szybko się obraca. Gdy mnie dostrzega na jego twarzy pojawia się uśmiech, który mimowolnie odwzajemniam. Jeszcze nie widziałam, jak Evan się uśmiecha, ale trudno się dziwić. Wczoraj nikomu z nas nie było do śmiechu.
-Hej.- z mojego gardła wydobywa się ciche chrapnięcie- Hej.- powtarzam głośniej.
-Cześć. Jak się spało ?- pyta uprzejmie chłopak.
Początkowo nie wiem co zrobić. Evan nie wydawał się być osobą, z którą gawędzi się o takich sprawach. Sądziłam, że jest surowy, małomówny, niedostępny. 
-Dobrze.- odpowiadam nie do końca zgodnie z prawdą. 
Z jego twarzy zniknął już uśmiech, ale nie wygląda na przygnębionego. 
Siadam koło niego na trawie. W dłoniach trzyma gałąź oskubaną z liści i nożem ostrzy jej końcówkę.
-Jeśli chcesz możesz się napić.- wskazuje na rzeczkę- Jest czysta. Możesz ją pić bez...
Już go nie słucham. Zanurzam usta w wodzie. Jest lodowata, ale mnie to nie przeszkadza. Czuję niezwykłą ulgę, kiedy płyn spływa moim przełykiem. Woda nie tylko gasi pragnienie, ale również ostudza żar wczorajszego dnia. Po kilku minutach opadam z powrotem na trawę. Woda chlupocze w moim żołądku. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Evan obserwował mnie przez cały czas. Kieruje na niego swoje spojrzenie, ale wtedy on odwraca głowę. 
Następuję chwila milczenia.
-Co robisz ?- pytam, aby przerwać ciszę.
Spogląda na mnie kątem oka. 
-W rzece są ryby.- odpowiada- Spróbuję parę złowić.- mówiąc to wbija gałąź w ziemię.
Czuję jak burczy mi w brzuchu. Po ugaszeniu pragnienia nie zostaje mi nic innego jak znaleźć pożywienie. 
-Rozejrzę się za czymś do jedzenia.- wstaję i kieruję się z powrotem do lasu. 
Evan nie patrzy na mnie. Znów stał się zamknięty w sobie. Zastanawiam się ile czasu minie, zanim rozgryzę jego charakter.
  Idę wgłąb zarośli. W lesie zawsze czuję się bezpieczna. Może dlatego, że jestem drobna i trudno zauważyć mnie między drzewami. Bezszelestnie poruszam się po podłożu zarośniętym mchem. Rozglądam się dookoła, poszukując jadalnych roślin. Nie boję się, że się zgubię, bo zawsze jestem w stanie znaleźć drogę powrotną. Po kilku minutach wychodzę na małą polankę. Nie jestem pewna, czy mogę ją nazwać polaną. Wysoka trawa sięga mi do kolan, drapie moje łydki. Nie zwracam na to uwagi. Staję nieruchomo wpatrzona w drzewa, rosnące dwadzieścia metrów dalej. Nie muszę się do nich zbliżać, żeby wiedzieć, że są to jabłonie. Uczucie ulgi zalewa moje serce. Podbiegam do roślin. Są wysokie. Może zasadził je kiedyś jakiś człowiek ? Nie dostrzegam na gałęziach wielu jabłek, gdyż większość spadła już na ziemię i zgniła. Zbieram parę owoców z niższych gałązek. W domu zawsze wspinałam się na drzewa, ale te tutaj są zbyt wątłe i mam wrażenie, że zaraz się złamią. 
Dostrzegam kilka dojrzałych jabłek wysoko nad moją głową. Staję na palcach, skaczę. Nie dosięgam. Czuję jak policzki zaczynają płonąć mi z wściekłości. Nienawidzę tego uczucia. Bezradność. Jest moją zmorą, przekleństwem, największym koszmarem. Mam wrażenia, że w naszych czasach liczy się tylko to, aby być użytecznym. Ja nie jestem użyteczna nawet w najmniejszym stopniu. Skaczę jeszcze raz. Nie dosięgam. Zagryzam wargę tak mocno, że czuję na języku smak krwi. 
Nagle słyszę szmer. Obracam się gwałtownie i widzę Evana. Stoi zaledwie dwa metry ode mnie. Robię się czerwona, tym razem ze wstydu. Mam nadzieję, ze nie widział jak podskakuję. Jak to możliwe, że nie usłyszałam go wcześniej ?
-Cicho chodzisz.- mówię patrząc w trawę.
-Od dziecka trenowałem skradanie. 
Podchodzi do mnie. Odległość między nami się zmniejsza. Metr. Pół metra. Piętnaście centymetrów. Czuję jego zapach. Pachnie rozmarynem. 
Chłopak zatrzymuje się kilka centymetrów ode mnie. Nie odsuwam się. Przez chwile patrzy na mnie, a potem unosi ramię i zrywa dojrzałe jabłko z gałęzi do której nie mogłam dosięgnąć. Jest ode mnie ze dwie głowy wyższy, dlatego nie sprawia mu to problemu. 
Wciska mi do dłoni owoc. Policzki mi płoną, a ból głowy, o którym prawie już zapomniałam, nasila się. Czuję się słaba. Nie mogę być słaba. Spuszczam wzrok. Nie, to oznaka słabości. Kieruję spojrzenie prosto w oczy Evana. Zadzieram głowę i prostuję się, aby wyglądać na wyższą. 
-Dziękuję.- mówię, ale mój głos jest zbyt cichy, dziecinny- Nie musiałeś mi pomagać.- dodaję głośniej. 
Kąciki jego ust lekko drgają, jakby chciał się uśmiechnąć, ale nie potrafił.
-Sama byś nie dosięgnęła.
-Nie jestem słaba.- wyparowuję. Co ja robię ? Zachowuję się jak dziecko.
Evan patrzy na mnie z uśmiechem, ale dostrzegam w jego twarzy jeszcze coś. Politowanie.
-Nie musisz się tego wstydzić.- mówi cicho. Gdybym nie stała tak blisko niego, pewnie bym go nie usłyszała.
-Czego ?- pytam udając, że nie zrozumiałam.
-Nie musisz wstydzić się swojej słabości.- jego głos jest pełen troski i dopiero teraz zauważam, że chłopak potrafi być bardzo delikatny- Każdy ma wady, ale ma też zalety. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, świat stałby się nudny.
-I może nie byłoby wojny.- dodaję cicho.
Evan chwyta delikatnie mój podbródek. Patrzę w jego duże, zielone oczy. 
Jest przystojny. Ma ciemne brwi, pełne usta i zgrabny, lekko zgarbiony nos. Brązowe włosy spadają mu na czoło i same proszą się o to, aby je odgarnąć.
-May.- gdy wymawia moje imię, czuję, jak serce bije mi coraz mocniej i mocniej- Dlaczego nie możesz zaakceptować siebie, taką jaką jesteś ?
-Bo...- waham się- bo jestem niczym.
Chłopak marszczy brwi i puszcza mój podbródek.
-Nie zgadzam się.- mówi zdecydowanie- Jesteś niesamowita. 
-Byłeś na mnie zły wczoraj. Bo nie mogłam dalej iść.- znów się rumienię- Zrobiłam sobie wstyd. Co w tym niesamowitego ?
Odsuwa się ode mnie, ignorując moje pytanie.
-Pomogę ci nazbierać jabłek.- jego głos jest zimny, tak jak poprzedniego dnia- Ale nie dlatego, że jesteś słaba.  

_________________________________________________________________

Chcę wszystkich przeprosić za to, że tak długo nic nie dodawałam, ale miałam szlaban na komputer :( Mam nadzieję, ze rozdział się podobał. Jeszcze raz proszę Was o komentarze. Dla Was to tylko minutka, a dla mnie niezwykłe szczęście. :D 
Od teraz będę dodawać nowe rozdziały dopiero, gdy pod poprzednim postem pojawi się przynajmniej jeden komentarz. To dlatego, że chcę wiedzieć, czy czytacie moje wypociny ;) 

_________________________________________________________________

Chciałabym ten rozdział zadedykować pewnym wyjątkowym osobom z mojej szkoły. 
Mojemu przyjacielowi Piotrkowi, na którego mogę zawsze liczyć.
Julce która jest moją przyjaciółką od wielu lat i stanowi ważną część mojego życia.
Magdzie z którą koleguję się od niedawna, ale wiem, że zawsze znajdziemy wiele wspólnych tematów. 
:*